Żyjemy w czasach kiedy wszystko musi być perfekcyjne, dom jak z katalogu, idealne dzieci, dobrze płatna praca, kobieta musi być idealną matka nie może pozwolić sobie na chwile słabości.
Nie mam domu jak z żurnala, pracy nie mam w ogóle (pracuje w domu jak na razie) , nie wyjeżdżamy na zagraniczne wakacje, nie mam hybryd (nad czym ubolewam bo mi się podobają jak mało co :D), nie biegam co miesiąc do fryzjera , nie mam idealnych dzieci ale wiecie co mam? Mam kochająca się rodzinę, wspaniałego męża już zresztą o tym kiedyś pisałam, najcudowniejsze dzieci na świecie choć mają rogi jak stąd do kosmosu :D , co dzień uczę się jak być mamą, tak tak mimo iż Józio właśnie skończył 6 lat to wciąż uczę się jak być dla niego dobrą mama i choć bywa naprawdę bardzo trudno nie zamieniła bym swojego życia na żadne inne .
Tak jest teraz a jeszcze jakieś półtora roku temu było zupełnie
inaczej....
Kiedy dowiedziałam się, że zostanę mamą szczęśliwa byłam jak
nigdy dotąd , oczami wyobraźni widziałam jak będę przebierać,
pielęgnować tego pięknego puchatego dzidziusia, wszystko miało
być takie cukierkowe aż do wyrzygania istna sielanka.
Moje wyobrażenia szybciutko prysły dokładnie 22.01.2012 godzina
13.45 gdy na świat przyszedł Józio fakt była różowiutkim
puchatym (4220) dzidziusiem , ale nie spłynęła na mnie fala
miłości jak opisywali w magazynach tylko moja pierwsza myślał
było i co ja mam teraz z nim zrobić ?...
Choć takie fizyczne zajęcia nie sprawiały mi trudności to
karmienie było jakąś tragedia nie potrafiłam go dostawić do
piersi a on biedny był ciągle głodny i tak strasznie płakał i
płakał...
Niby
panie ze szpitala przychodziły dostawiały go do piersi ale jak
tylko mu wypadło ja nie umiałam już go tak dobrze dostawić.
Skończyło się to na lejącej się krwi z
moich brodawek , podpisanej zgodzie na karmienie mm i moja
przeraźliwa myślą co ze mnie za matka która nie umie nakarmić
swoje dziecko...
Z pomocą przyszła nam kobieta anioł pielęgniarka która kazała
kupić nakładki i dotąd ze mną siedziała aż załapaliśmy z
niuniem co i jak , dzięki niej karmiliśmy się rok czasu (później
nawet nakładki nam nie były potrzebne).
Pomyślałam sobie, że teraz wróci moja wymyślona sielanka, kurde
jaka ja byłam wtedy głupia i naiwna.
Nie było cudownie mąż szybko musiał wrócić do praca, mama do
domu a ja zostałam z tym małym stworkiem sama, nie mogliśmy wyjść
na dwór (-20 C) i tak żyłam w zawieszeniu. Wtedy pojawiła się
pierwsza myśl, ze powinnam oddać Józia ze znajdzie się inna
kobieta która będzie lepszą mam niż ja . Myśl ta nie opuszczała
mnie przez kilka następnych miesięcy a może i przez kolejne 3
lata...
W
tedy nie nazwała bym się
jego mamą tylko kiepskiej jakości opiekunką, która byłam tylko
do powrotu taty z pracy później to on opiekował się Józiem ja
byłam tylko od karmienia.
To tata go nosił jak miał kolkę, to tata go przytulał kiedy
ząbkował ja chciałam tylko spać i mieć święty spokój . Ja nie
czułam potrzeby do niego wstawać, zajmować się nim.
Tak mijały miesiące a moje uczucia do synka się nie zmieniały,
nie raz potrafiłam na niego bardzo, nakrzyczeć o byle co , ja go
chyba nie umiałam pokochać jak mam kocha swoje dziecko. Krzywdy bym
nigdy mu nie zrobiła , ale nie czytałam mu książeczek, nie
bawiłam się z nim a jak już była to dla mnie jakaś katorga....
Były też lepsze momenty kiedy to w mojej głowie wychodziło słonko
i było naprawdę dobrze. Miałam mnóstwo siły chęci do
wszystkiego, do mojego synka...
Wiele osób nie mogło tego zrozumieć nawet mój mąż chyba do
dziś tego nie zrozumiał przecież był takich kochanym wyczekanym
Józiem i tak to wszystko się pogmatwało.
Tak żyliśmy sobie do 2015 roku kiedy to urodziła się Maja było
raz lepiej raz gorzej ale najgorszy moment przyszedł w jeden z
listopadowych dni mój maż pracował wtedy do późna a ja byłam
sama w domu z dzieciakami, Józio strasznie rozrabiał a Maja nie
mogąc spać straszne płakała i nie mogłam sobie z tym poradzić
usiadłam i płakałam razem z nimi . Tego dnia zrozumiałam, że
sama sobie z tym nie poradzę. Pierwszy raz powiedziałam otwarcie co
i jak siostra namówiłam mnie na wizytę u lekarza....
Najpierw był psychiatra później psycholog .
Chodziłam na terapię półtora roku i choć na koniec zaczęłyśmy
się rozmijać z psycholożka to była bez wątpienia najlepsza
decyzja w moim życiu.
Na trapi nie było łatwo, było zajebiście ciężko nie raz
chciałam nią rzucić w cholerę ale na szczecie tego nie zrobiłam
. Wiedziałam jak to się skończy wrócę do tego co było ...a
robiłam to dla siebie i dla mojego dziecka...
Jak jest dziś?
Nie jest różowo- cukierkowo i nie chce by tak było, chce być mamą
taką zwyczajną która czasem krzyknie, taka która jest ze swoimi
dziećmi kiedy jej potrzebują, która pocałuje zbolałe kolano
wiecie taka zwyczajna mamą....
Chyba największa nagroda jest miłość Józia bo kiedyś mówił,
ze mamy nie kocha, liczył się dla niego tylko tata. Teraz sam
przybiega tuli, daje całusy, mówi że kocha, gdy coś potrzebuje
nie ma już tylko tata ale jest też mamooooooo.
Wiem, że to jest najcenniejsze .
Jednego czego żałuje to że nie poszłam o pomoc znacznie
wcześniej, nie nadrobimy już tego.
Staram
się za dużo o tym nie
myśleć bo czasu już nie cofnę, a tylko można zatracić się w
rozpamiętywaniu zamiast cieszyć się tym co teraz.
Wiecie co było najtrudniejsze przyznać się przed samą sobą, że
potrzebuje pomocy i wstyd, co sobie pomyślą o mnie ludzie....
bliscy że sobie nie radzę
Wiem że jeżeli poczuje że coś zaczyna się dziać nie tak, nie
będę już czekać tylko pójdę do Pani doktor jak najszybciej bo
wiem, ze to nie wstyd.
Najważniejsze, że teraz jest już dobrze. Takimi przeżyciami też trzeba się dzielić z innymi żeby młode mamy wiedziały, że to nie wstyd zgłaszać się po pomoc do specjalisty. Żeby chociaż otworzyć się przed najbliższymi, którzy na pewno postarają się pomóc. :)
OdpowiedzUsuńWłaśnie dlatego powstał ten post. Choć bałam się go zamieścić. Ale może to co tu zamieściłam komuś pomoże
OdpowiedzUsuń